Hola City Bell!

Po 5 dniach, ponad trzynastu godzinach lotu liniami AirEuropa oraz licznymi kontrolami wszystkiego co możliwe na lotnisku można odczuć lekkie zmęczenie. Co więcej po przestawieniu zegarka miałam o 5 godzin więcej dnia w tym dniu. Z tej opresji może uratować mnie już tylko moja uśmiechnięta od ucha do ucha Argentyńska rodzina oraz dawka Yerba Mate. Walizki spakowane do samochodu, argentyńska ziemia obiecana wycałowana, można ruszać w dalszą drogę. Drogę do domu w City Bell.

W stronę City Bell jechaliśmy około półtorej godziny samochodem. Całą drogę rozmawialiśmy i popijaliśmy mate. Byłam tak podekscytowana, że aż nie wiedziałam w którym języku mam mówić. Po hiszpańsku znałam dwa słowa na krzyż, a wykrzykiwanie “Viva Argentina” po 20 minutach stało się już po prostu nudne. Na szczęście Sol po rocznej wymianie w Belgii świetnie mówiła po francusku i tłumaczyła swoje rodzinie co opowiadam i dlaczego się cały czas uśmiecham. Ale jak to dlaczego? Jestem na innym kontynencie, daleko od Europy. Jestem w Ameryce Łacińskiej, jestem w Argentynie! Czy to nie brzmi cudownie? Całą drogę nie mogłam w to uwierzyć. Przecież jeszcze 4 miesiące temu nigdy bym nie pomyślała że pojadę gdziekolwiek poza Europę. Spontaniczne marzenie, trochę zdeterminowania, moja szalona osobowość i jestem! Po dwóch tygodniach od narodzenia się tego pomysłu w mojej głowie wylądowałam w stolicy Argentyny.
Nie byłabym tu jednak gdyby nie Sol-Argentynka o belgijskim sercu, która wraz ze swoją rodziną zaprosiła mnie do siebie. Nie jestem pewna czy spodziewali się że w ciagu 12 dni od zaproszenia pojawię się w ich domu, no ale cóż. Do odważnych świat należy!
Nigdy wcześniej nie widziałam choćby podobnego miasteczka co City Bell. Trochę jak w amerykańskim filmie, a trochę jedyne w swoim rodzaju. Piękne, położone w prowincji Buenos Aires, zaledwie 10 km od jeszcze bardziej urokliwego miasta La Plata.
Gdy dojechaliśmy, na miejscu czekał na mnie drugi brat Sol, dwudziestoletni Emanuel. Takiego poczucia humoru jak on to chyba nikt nie ma! Rozumieliśmy się bez słów. Dosłownie bez słów, bo on mówił tylko po hiszpańsku. Wykrzykiwaliśmy jakieś równoważniki po francusku i angielsku, ale i tak nie udawało nam się wykrzyczeć tego co tak naprawdę chcieliśmy.

W jakim języku mogłam się porozumieć z małym Mateo? Najlepiej w języku radości i zabawy, wiec czekając na obiad zaczęliśmy grać w piłkę nożna. On był oczywiście Messim, a ja Lewandowskim. Jakże by inaczej. Ku mojemu zdziwieniu wiedział nawet że istnieje taki klub jak Lech Poznań!
Na obiad mama Inès przygotowała cudowne milanesas de pollo, włoskie danie, aczkolwiek bardzo popularne w krajach Ameryki Południowej. Mi do złudzenia przypominało to danie kotlety schabowe, ale zdecydowanie co by to nie było, w Argentynie smakowało lepiej.

Po południu ze szkoły wróciły osiemnastoletnia Belén i i piętnastoletnia Luján, oraz szesnastoletni Bautista. Tak poznałam całą piątkę rodzeństwa Solcito. Wszyscy cudowni! Nie mówiąca po hiszpańsku szalona Polka, o której istnieniu nie wiedzieli jeszcze miesiąc temu. Myślałam że będą się trochę dziwnie czuć w moim towarzystwie, ale nie! Ugościli mnie jak nikt inny! Wielki przytulas i jeszcze większy uśmiech na naszych twarzach. Po 10 minutach czułam się częścią tej wspaniałej argentyńskiej rodziny.

Gdy na deser dali mi do spróbowania dulce de leche na jeszcze ciepłym cieście, byłam już cała ich. Jedząc dulce de leche czułam się jak u wrót niebios, dlatego słodkości tej zadedykuję osobny post.
Wieczorem, swoim łamanym hiszpańskim oraz sprawnie wymachującymi rękami kazałam całej rodzinie usiąść wygodnie gdyż miałam zamiar zrobić wielkie prezentowe show. Przyznaję, że cieżko było mi wytłumaczyć czym jedna wódka różni się od drugiej i co to właściwie znaczy ptasie mleczko i krówki, ale to nic, wspólnie daliśmy radę!

Po kilku minutach wszyscy mieli w rękach coś prosto z Polski, a na twarzy jeszcze większy uśmiech. Wszystko z resztą widać na zdjęciu.
Gdy wybiła 22:00, a w Polsce 3 w nocy, myślałam ze jest to odpowiednia pora by pójść spać. Nie żebym była zmęczona po takiej podróży ale jednak trochę tak!
Wstałam od stołu po to by chwile pózniej znowu przy nim zasiąść. Przecież w Argentynie o 22:00 zaczyna się wieczorna kolacyjna, o g r o m n a uczta.

Było pysznie i rodzinnie. Esto es la vida!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s