Pyjama party i przeklęte autobusy

Wybija 20:00. Miałyśmy wychodzić na pyjama party organizowane przez wolontariuszki AFS i pozostałych znajomych Sofi. Wyszłyśmy oczywiście po 21:00. Na dworze było dosyć zimno. Kupiłam ciastka i cocacole (czyli najlepszy zestaw pocieszania) i ruszyłyśmy w stronę przystanku autobusowego. Przystanków tutaj jak psów. Każdy tak samo mało dla mnie zrozumiały. Miałyśmy jechać autobusem 202. Przyjechało takich chyba z pięć, jednak żaden z nich nie okazał się tym właściwym. Trzeba obserwować jeszcze czy przystanek docelowy akurat tego konkretnego autobusu nie jest inny. Należy rownież upewnić się, czy kierowca zmierza tam gdzie wskazuje plastikowa tabliczka za szyba autobusu. Czasem okazuje się ze jedzie gdzieś indziej. Bardzo to wszystko dla mnie skomplikowane, ale przy pomocy Sofi wsiadłyśmy w końcu do dobrego micro, gdyż tak tutaj mówi się na autobus. Wchodząc zawsze należy przywitać się z kierowcą i niezwłocznie powiedzieć cel swojej podróży aby mógł obciążyć nasza kartę Sube odpowiednia sumą pieniędzy (działa ona we wszystkich autobusach w La Plata i Buenos Aires). Chciałam spróbować sama wiec sama zaczęłam mowić do kierowcy “Buenas noches, sessenta y ciento veinti seis por favor”, co znaczy “dobry wieczór, 60 i 126 poproszę”. W La Plata ulice nie maja nazw. Jedynie cyfry i liczby. Każda ulica schodzi się z druga pod kontem prostym. Największe ulice to te przekątne. Krótko mówiąc La Plata to jeden wielki kwadrat idealnie zaprojektowany przez europejskich kolonizatorów.
Wejść do micro i powiedzieć gdzie chce jechać jeszcze dam radę, ale juz wiedzieć gdzie wysiąść to dla mnie czarna magia. Niemożliwym zatem wydawało się mi dotrzeć kompletnie samej z obrzeży La Platy do głównego dworca, tam zmienić autobus na taki który jedzie do Buenos i wiedzieć gdzie wysiąść w wielkiej stolicy. Najgorsze jest to ze nikt z moich nowych znajomych nie chciał mnie rano pokierować na ten dworzec. Dziewczyny chciały mi narysować mapkę, ale byłam pewna, że nie wiele bym z niej zrozumiała. Podczas pyjama party (na którym bardzo dobrze się bawiłam, wszyscy byli dla mnie bardzo mili , dużo rozmawiałam po hiszpańsku) poprosiłam nowo poznaną dziewczynę-Paqui, czy mogłaby mnie rano zaprowadzić na dworzec, odrazu się zgodziła. Było mi bardzo miło bo sama nigdy sobie nie poradziła. To co pózniej się stało przerosło moje możliwości, ale narazie wróćmy do tego przyjemnego wieczoru. Było na nim dziesięć dziewczyn mniej więcej w moim wieku. Wszystkie chodzą razem na uniwersytet, a niektóre rownież działają razem w AFS). Nie zapamiętałam wszystkich ale bardzo dobrze rozmawiało mi się z Juli i Paqui- dwoma bliźniaczkami. Ku mojemu zaskoczeniu Juli uczyła się wcześniej trochę polskiego. Sama, dla przyjemności. Pokazała mi swoje podręczniki i notatki. Czytając je uświadomiłam sobie jak bardzo ten nasz ojczysty język jest trudny. Postanowiłyśmy, ze od przyszłej soboty ona będzie mnie uczyć hiszpańskiego a ja ją polskiego. Podczas wieczoru opowiadałam trochę dziewczynom o Polsce, pokazywałam zdjęcia uniwersytetów ( były nimi zachwycone). One w zamian opowiadały mi o swoich korzeniach, co bardzo mnie ciekawiło. W większości to juz trzecia generacja w Argentynie. Prawie wszyscy mieli pradziadków Włochów czy Hiszpanów, ale na spotkaniu była tez i Maqui (bardzo ciepła osoba) której jedni dziadkowie pochodzili z Syri, a drudzy z Włoch. Nie ma jednak z nikim z Syri kontaktu nad czym ubolewa. Mówi ze jej nazwisko było kilka razy przekręcane przez miejowych urzędników, gdyż zapisywali je tak jak słyszeli, a nie tak jak naprawdę brzmiało w Syri. Miłym punktem wieczory był rownież moment kiedy każdy dawał sobie mały prezent. Dwa dni wcześniej było losowanie imion i każda miała za zadanie wykonać lub kupić mały prezencik dla wylosowanej osoby. Niespodzianką było to ze ja wylosowałam Maqui której dałam mała buteleczkę polskiej wódki, która przywiozłam z kraju, a Maqui mnie. Dostałam od niej uroczy, ręcznie wykonany metodą scrapbookingu notesik z życzeniami powodzenia w Argentynie. Było mi naprawdę bardzo miło.
Ja opadłam z sił około godziny 2 w nocy, ale dziewczyny szalały do 5 rano. Obudziłam się o 8 rano, porozmyślałam przez godzinę i o 9:00 zaczęłam się przygotowywać do wyjścia. O 11:00 byłam umówiona w Buenos Aires z dwoma wolontariuszkami Rotary, które znalazłam w internecie. Studiują one turystykę i nierzadko oprowadzają ludzi po stolicy. Zaproponowały więc i mnie taki tour po mieście. O 9:30 obudziłam Paqui i w ciszy opuściłyśmy mieszkanie, by pójść na przystanek autobusowy.

This slideshow requires JavaScript.

2 thoughts on “Pyjama party i przeklęte autobusy

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s