“Esto micro es para Buenos Aires?”

W drodze na przystanek, jak to zwykle bywa w Argentynie, po ulicy biegało luzem dużo psów. Ja się trochę ich boje, ale miejscowi zapewniają, że są niegroźne. Wybór odpowiedniego autobusu po raz kolejny nie przyszedł mi łatwo. Numer sie niby zgadzał, ale za każdym razem jak jakiś przyjeżdżał to Paqui mówiła, że to nie ten. Gdy udało nam się wsiąść do odpowiedniego, powiedziałam kierowcy gdzie chcemy jechać, przyłożyłam kartę i zajęłyśmy miejsca. Bacznie obserwowałam cała trasę. Starałam się liczyć ulice i przecznice ale nic z tego. Nigdy bym się nie zorientowała gdzie wysiąść. Na szczęście była Paqui. Gdy dotarłyśmy na dworzec autobusowy w La Plata, autobusów było jeszcze więcej niz na drogach, a ludzi-dzikie tłumy. Oczywiście jak to w życiu bywa ta najdłuższa kolejka okazała się być moją kolejką do autobusu kierującego się do Buenos Aires. Do stolicy jeżdżą dwa typy busów- Plaza i Costera. Różnią się ilością przystanków i trochę trasą. Ja jechałam po raz pierwszy w życiu sama micro Costera. Paqui sama zaproponowała ze zaczeka ze mną w tej długaśnej kolejce, aż wejdę do autobusu za co byłam jej niezwykle wdzięczna. W kolejce stałyśmy jakieś 30 minut. Nikt sie nie przepycha, każdy grzecznie czeka. Duży plus dla Latynosów! O 10:00 weszłam do autobusu. Paqui juz nie było. Zostałam sama. Usiadłam sobie na jednym z foteli, przy przypadkowej osobie. W oczach miałam łzy, a w uszach słuchawki. Próbowałam ratować swój nastrój żywą muzyką. Jechałam tak przez 40 minut zastanawiając się, jak rozpoznam przystanek na którym mam wysiąść w Buenos Aires. Nazywał się Tucuman. Tylko tyle wiedziałam. Tam miała czekać na mnie jedna z argentyńskich wolontariuszek Rotary( organizacji podobnej do AFS). Kierowca szalony jak zawsze, trzęsło mną na wszystkie strony, ale przynajmniej fotel był wygodny. Nagle usłyszałam dźwięk klaksonu i huk. “No pięknie” pomyslałam. Ludzie zaczęli lekko panikować, patrzyć co się stało i wykrzykiwać coś po hiszpańsku. Autobus stanął a ja zobaczyłam w przedniej szybie jakąś górę piachu. “No to ładnie, kierowca wjechał w jakiś pagórek”. Pózniej jednak ta góra piachu zaczęła się ruszać. Okazało się, ze autobus zderzył się z jakimś traktorem który na przyczepie wiózł ziemie i piach. Pokrzyczeli, po trąbili i pojechali dalej. Myślałam ze teraz juz spokojnie dotrę na miejsce z wcale nie tak dużym opóźnieniem. Kilka metrów pózniej autobus zatrzymał się na poboczu autostrady. Wokół nie było niczego. Pole i autostrada po której pędziły samochody. Kierowca krzyknął ze mamy wychodzić z autobusu. Przynajmniej tak zrozumiałam. Wszyscy wyszli na zewnątrz i staliśmy w błocie czekając nie wiem na co. Niektórzy zaczęli popijać yerba mate, a ja zaczęłam zastanawiać się co będzie dalej. Zadzwoniłam z mojego argentyńskiego numeru do tej wolontariuszki. Kazała mi wysłać na whatsappie o moim położeniu. Okazało się, ze autobus zepsuł się na środku autostrady, pomiędzy La Plata a Buenos Aires. Chwile pózniej podjechał inny micro. Kierowca machnął ręka, co wzielam za zaproszenie by wejść do środka. Szybka kontrola sytuacji, Aha! Nie ma wystarczającej liczby miejsc, a ja nie moge zostać na środku autostrady. “Kto pierwszy ten lepszy” pomyślałam i czym prędzej ruszyłam w stronę busa. Zaraz za mną kierowca machnął ręka ze więcej osób nie wejdzie. Oczywiście nikt z tych co weszli nie usiadł. Stałam przy kierowcy mając przed sobą wielką autobusową szybę. Jeżeli zdarzył by sie kolejny wypadek to ja pierwsza leżałabym na autostradowym betonie. W autobusie ciasno, gorąca, duszno. Nie da się żyć. Myślałam ze przede mna tylko 20 minut drogi. Szybko jednak minuty zamieniły się w dwie godziny. Czułam ze byłam blada jak ściana. Byłam pewna ze zaraz stracę przytomność. Chciało mi sie pic i jeść. W autobusie nie było ani trochę świeżego powietrza. Dodatkowo obok mnie przemiła Pani zmieniała latynoskiemu bobaskowi pieluszkę. Cudownie. I tak przez dwie godziny w pozycji stojącej, półprzytomna starałam się nie przewrócić na każdym pojedynczym zakręcie. Co więcej, kierowca zmienił trasę, co oprócz gigantycznych korków było powodem tak długiego czasu podróży. Miała być godzina, były trzy godziny. Francuz powiedziałby na to “C’est la vie”. O 13:00 dojechałam do Buenos i dzieki pomocy kierowcy wysiadałam na odpowiednim przystanku. Pierwsze co zrobiłam to kupiłam czekoladę i butelkę wody. Nie zemdlałam. Przeżyłam! Viva Judy! IMG_8832IMG_8821

One thought on ““Esto micro es para Buenos Aires?”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s