Fin del curso y el mejor viaje con los Calderones

Czas jednak szybko leci, mimo iż czasami niemiłosiernie mi się dłużył. Mój kurs hiszpańskiego dobiegł końca. Po dwóch pozytywnie zdanych egzaminach, uzyskałam wysoką ocenę końcową. Prawie najlepszą z całej grupy, co potwierdza certyfikat wydany przez Uniwersytet w Buenos Aires. Będzie mi bardzo brakowało tych trzech latynoskich profesorek i mojej szalonej, międzynarodowej grupy, czyli Margeuritte, Lei, Chrisa, Patricka i Giny. Przez ostatnie dwa dni kursu świętowaliśmy urodziny Marieli, naszej nauczycielki. Brownie, tort, cukierki, ciasteczka…nasza grupa się spisała! Na koniec, w czwartkowy wieczór, poszliśmy na pożegnalne piwo i pyszne frytki, oczywiście z naszą nauczycielką (w Polsce nie do pomyślenia…). Nigdy nie zapomnę tej wieczornej atmosfery w pięknej dzielnicy Palermo. Miliony otwartych knajpek, oświetlone uliczki. Miło.

Po przenocowaniu u Margeuritte, w południe ruszyłam metrem i później autobusem w stronę dzielnicy Savadera, w której mieszkają Monika, Marcelo, Joaquin, Marianna i Maurizio –cudowna rodzinka. Pomimo, iż na początku kierowca busa nie zrozumiał dokąd chcę jechać, co wyraził dosadną miną, ostatecznie zawiózł mnie tam gdzie należy i jeszcze uprzedził kiedy wysiąść (sytuacja raczej niespotykana w Argentynie).

Dotarłam szczęśliwie na miejsce. Oczywiście nie sama, tylko z moim wielkim niebieskim plecakiem.

Bardzo podobało mi się mieszkanie Moniki, było takie nowoczesne, w porównaniu do wszystkich innych, które wcześniej widziałam w Argentynie. Rozmawiając, obserwowałam jak Monika przyrządza swoje i męża ulubione danie: cazuela, czyli cebulka, szpinak, jajko, a wszystko zapieczone pod serową pierzynką. Bardzo smaczne. Mam nadzieję, że uda mi się odtworzyć ten przepis. Po zjedzeniu poszłyśmy odebrać dzieci ze szkoły, a niewiele później, po spakowaniu się i obejrzeniu fragmentu bajki ruszyliśmy w naszą wspólną, jakże rodzinną podróż do Santa Fe. Przejazd zajął około pięciu godzin, jednak czas umilał nam piękny, bajeczny wręcz zachód słońca. Dzięki temu, iż Marcelo jest wysokiej rangi, argentyńskim oficerem (pułkownikiem), mieliśmy zapewniony nocleg w pięknym “domu gościnnym”, w koszarach wojskowych w Santo Tome. Co więcej, czekała na nas smaczna kolacja. Jestem szczęściarą.

Po porannych dwugodzinnych pogaduszkach w słońcu, ruszyliśmy na rodzinny spacer po koszarach. Nie wiem jak wy wyobrazilibyście sobie takie miejsce jak baza woskowa, ale ja na pewno jako o wiele mniej atrakcyjne, niż okazało się w rzeczywistości. Dużo pięknych jasnych domków dla rodzin oficerów, trawniki, drzewa… ogromny, zadbany teren! W prowincji Santa Fe panuje inny klimat niż w Buenos Aires. Pełno tu muszek, pajączków, komarów i innych owadów. Latające paskudztwo trochę nas pogryzło, ale i tak było bardzo fajnie. Dotarliśmy do dawnego domu Moniki i Marcelo, w którym mieszkali kilka lat wcześniej z malutkimi jeszcze dzieciaczkami.  Palmy, drzewko mandarynkowe, figowe, pomelowe… co prawda bez owoców, bo nie sezon, ale i tak nigdy wcześniej nie miałam okazji przechodzić obok takich drzew. Czyli jednak owoce nie rosną w supermarketach… Co więcej, nad naszymi głowami latały zielone papużki. Wcześniej widziałam takie tylko w sklepie zoologicznym. Moni wspominała, że gdy tu mieszkali, do ich ogrodu często przychodziła iguana. Następnie poszliśmy w stronę pobliskiej rzeki. Po drodze mijaliśmy poligon do ćwiczeń wojskowych oraz wielu żołnierzy robiących obchód po terenie z bronią w ręku. Nie mogłam zrozumieć, czemu cały czas chodzą uzbrojeni. Boicie się wojny? – zapytałam. Okazało się, że zdarzają się niebezpieczne napady, aby zrabować broń i amunicję.

Gdy wróciliśmy do domu, czekało tam już na nas smakowite almuerzo: empanadas z szynką i serem, kurczak oraz makaron (wszystko przygotowane przez wojskowych kucharzy). Jeżeli tak żywią się tutejsi żołnierze, to im zazdroszczę 🙂 – było pysznie, mimo że brakowało mi troszkę jakichś warzyw.

Z pełnymi brzuchami, po małej sieście, pojechaliśmy samochodem (teren jest naprawdę duży) obserwować ćwiczenia wojskowe nad rzeką. Helikopter zabierał żołnierzy, lecieli nad rzekę i wskakiwali do wody (z dość dużej wysokości!), potem wyławiali ich współtowarzysze na motorówkach, wszyscy wracali do brzegu i tak w kółko. Dzięki Marcelo mogłam podziwiać argentyńskich żołnierzy w akcji. Ciekawe doświadczenie :-). Marce jest tutaj bardzo szanowany. Każdy przechodzący żołnierz salutował mu.

Po godzince wróciliśmy do domu. Chwila odpoczynku i ruszyliśmy do miasta Santa Fe. W drodze Marcelo opowiadał mi, że Santa Fe, nazywane jest prowincją piwa, pomimo, iż największe święto piwa – “Okroberfest”, odbywa się w mieście Cordoba. Po niecałych piętnastu minutach drogi, moim oczom ukazał się wielki czerwony most i uroczy bulwar ciągnący się na tle laguny. Pięknie. Nie wiem dlaczego, ale przez chwilę widok ten przypominał mi trochę Teneryfę.

Naprawdę pozytywne pierwsze wrażenie. Po pstryknięciu kilku zdjęć zrobiliśmy rundkę samochodem po centrum miasta, gdzie zobaczyłam teatr, starą szkołę, piękny budynek rządu prowincji, palacio de justicia, stary kościół Franciszkanów, w którym w 1853 roku została podpisana pierwsza konstytucja Argentyny. Dowiedziałam się też, że w Santa Fe, produkuje się znane alfajor marki “Merengo” i “Gayali”. Całą wyprawę dodatkowo umilała nam dolatująca z radia piosenka “Dont worry be happy”. Miło, rodzinnie… fajnie!

Mimo, że Mauri, Juaco i Mari byli już bardzo zmęczeni, znaleźli w sobie siłę, by wieczorem odwiedzić pewną Polkę, która zaprosiła nas do siebie na domową pizzę i empanadas.

Już przy wjeździe do domu czekał na nas Eduardo, mąż Gladis. Pokochałam ich od pierwszego przytulenia. Trochę jakby dziadkowie na drugim końcu świata! Domowa atmosfera… ciepło, które zapewniała mi moja rodzina przez całe dwudziestoletnie życie. Teraz bardzo mi go brakuje, gdy jestem z dala od domu. Rodzice Gladis byli Polakami, a ich historia jest niezwykle zawiła, a przy tym oczywiście bardzo ciekawa! Przy kolacji Gladis opowiadała nam, jak przez całe życie chciała zobaczyć ojczyznę swoich rodziców.  Mówiła, że przez całe dzieciństwo, ciągając tatę za nogawkę spodni prosiła, by zabrał ją do Polski. Nie wiem skąd ta przemiła kobieta ma w sobie tak ogromną miłość do nieznanego sobie kraju. Zapewne zaszczepili ją w niej rodzice, jednak pomimo, iż miała ośmioro rodzeństwa, tylko ona czuje tak ogromną więź z Polską. Państwo Feliks i Maria Stachurscy przypłynęli do Argentyny w 1918 roku. Już przy wjeździe urzędnicy-nieudacznicy zmienili im nazwisko na Stajurski. Marcelo opowiadał też o Turkach, których nazwiska były nie do wypowiedzenia przez Argentyńczyków. Gdy podawali je urzędnikom, chcąc wytłumaczyć co oznaczają, wskazywali w niebo. Prawdopodobnie chodziło im o gwiazdy, ale zadowolony z siebie urzędnik zapisał “Luna”, czyli księżyc. Wyobrażacie sobie Turków o nazwiskach “Cielo” albo “Luna”? Po prostu urzędnicy odebrali im rodowe nazwiska, bo były za trudne do wymówienia. Bardzo to smutne. Czy to nie jest jakby trochę odebranie tożsamości? Bardzo zawiłe i często przykre były losy emigrantów, którzy udali się w nieznane za ocean. Pomimo, iż Gladis przez całe życie nie może odnaleźć żadnych pewnych informacji o swoich korzeniach i rodzinie, która została w Polsce, jest bardzo pogodną i ciepłą osobą! Gdy oprowadzała mnie po mieszkaniu, zapytała ze łzami w oczach czy mogę pomóc odnaleźć jej rodzinę. Serce mi się krajało. Tak bardzo chciałabym jej pomoc, ale jak? Po pysznej kolacji, pokazywała nam stare, zniszczone dokumenty i zdjęcia, które zostały jej po rodzicach. Główkowałyśmy z Moniką nad tymi papierami przez ponad godzinę. Niektóre były po hiszpańsku, inne po rosyjsku. Widziałam też, krótką notatkę napisaną przez tatę Gladis, gdy miał już ponad 70 lat. Próbował w kilku polsko-hiszpańskich słowach wyjaśnić córce skąd dokładnie pochodzi. Rozszyfrowanie zapisków okazało się niełatwe. Litery były poprzestawiane, pismo nieczytelne, a słowa które Gladis nam mówiła, nie istnieją w polskim słowniku. Niektóre informacje dawały nam pewien trop, inne wszystkiemu zaprzeczały. Nie mniej jednak udało nam się ustalić 5 wskazówek: Polska, Wielkopolska, Powiat Gostyński, Gmina Ostrów, Gostyń. Wiedziałyśmy też, że Pan Feliks, wyjeżdżając z Polski w wieku 20 lat, zostawił całą rodzinę: dziadków, rodziców oraz dwójkę młodszego rodzeństwa: Adama i Katarzynę. Stworzyłam prowizoryczne drzewo genealogiczne, jednak zawiera ono w sobie wiele znaków zapytania. Podobno zanim Pan Feliks Stachurski dotarł do Argentyny, był w Stanach Zjednoczonych i Niemczech! Zrodziło się nam w głowie wiele pytań. Dlaczego Gladis twierdzi, że jej tata przekroczył trzy razy ocean? Z jakiego portu wypłynęli? Jak nazywał się ich statek? Jak znaleźli się w Santa Fe? Dlaczego paszport jej ojca jest w języku rosyjskim, skoro podobno ojciec Gladis pochodził z Gostynia, znajdującego się w zaborze pruskim? Dlaczego Gladis cały czas wspomina o jakiejś wsi pod Warszawą, skoro Gostyń jest pod Poznaniem? Czy rzeczywiście od przyjazdu do Argentyny Feliks nie mógł skontaktować się ze swoją rodziną w Polsce? Czy krewni mamy Gladis nadal mieszkają w Wadowicach, o których również wspomniała? Poszukujemy Adama i Katarzyny, dzieci Józefa i Józefy Stachurskich. Nie ma nawet pewności czy jego rodzina dowiedziała się, że dotarł cały do Argentyny. Kontakt urwał się prawie sto lat temu. Najprawdopodobniej ani on nic nie wiedział o nich, ani rodzina o nim.  Nie ma jednak pewności, czy ten trop jest dobry. Nie wiadomo czy jego rodzeństwo miało dzieci. Nic nie wiadomo. Trop się urywa, a my jesteśmy bezsilni. Nie ma żadnych dokumentów, z których moglibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej.

Gladis przez całe życie miała dwa marzenia: zobaczyć Polskę i mieć polskie obywatelstwo. To pierwsze spełniło się roku temu, z okazji jej 70 urodzin. Wiąże się to z kolejną piękną opowieścią. W zeszłym roku dwójka jej dorosłych już dzieci, sprezentowała jej zorganizowaną wycieczkę do Polski. Całe życie, gdy ktoś pytał ją o czym marzy, odpowiadała, że nie potrzebuje niczego oprócz Polski. Ivana i Adrian nie mieli zatem wyboru. Wykupili mamie upragnioną podróż do ojczyzny jej rodziców. Siedemdziesięciolatka wybrała się sama za ocean, trzema samolotami. W dziesięć dni zwiedziła Warszawę, Toruń, Poznań, Wrocław, Kraków i nawet Wieliczkę! Wyobrażacie to sobie? Ja nie potrafię. Wspominała, że było zimno i padało, ale ona wreszcie czuła się jak w domu! Wypytywała panią pilotkę wycieczki, czy mogłaby choć na chwilę zabrać ją do Gostynia. Nie udało się, a była przecież tak blisko! Gdy Eduardo (mąż) do niej zadzwonił, pierwsze co mu powiedziała, to jak bardzo za nim tęskni! Nigdy przez ponad 40 lat małżeństwa się nie rozstawali, a teraz taka wyprawa! Ale w końcu wreszcie spełniło się jej marzenie… Gdy wróciła do Santa Fe, wszystkie “polskie koleżanki” jej zazdrościły! Jedna podobno sprzedała kawałek swojej ziemi, by wykupić podobną wycieczkę! Sprezentowałam Gladis małe pamiątki z Polski, które trzymała w rękach jak relikwie. Za każdym razem gdy wspominał o Polsce, mówiła “mi Polonia”, a mnie napływały łzy do oczu.

Emigracja jest trudniejsza niż myślałam…

IMG_2170IMG_2174IMG_2190IMG_2195IMG_2197IMG_2198IMG_2201IMG_2206IMG_2207IMG_2212IMG_2213IMG_2244IMG_2252IMG_2256IMG_2257IMG_2258IMG_2259IMG_2261IMG_2262IMG_2265IMG_2279IMG_2282IMG_2306IMG_2311IMG_2313IMG_2315IMG_2316IMG_2320

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s