Chau Tilcara!

Z miejscowości Tilcara wyjechaliśmy w południe. Wcześniej pospacerowałam sobie w samotności po tym urokliwym miasteczku, jedząc uliczne tradycyjne jedzenie (uwierzcie mi, że właśnie takie jest najsmaczniejsze) i nasłuchując rdzennej ludności komunikującej się ze sobą w języku Quechua.
Kolorowe poncza i swetry, rdzenna ludność o ciemniejszym zabarwieniu skóry, pyszne jedzenie, ogromny upał, natura i zapierające dech w piersiach widoki. Tak właśnie zapamiętam północ Argentyny. Podobało mi się chyba bardziej niż nad wodospadami Iguazu!

Pod wieczór, po ponad pięciu godzinach jazdy dotarliśmy do Salta, z której we wtorek rano mam lot do Buenos Aires. Po szybkim “checkinie” w hostelu pognaliśmy na stare miasto Salty. Głównym celem było niesamowite muzeum archeologiczne “MAAM”. Wchodząc do niego, przenosimy się do innego świata, świata Inków.
Wiedzy o ich rytuałach, ceremoniach i życiu codziennym zyskałam tak wiele, że mam nadzieję, iż uda mi się napisać kolejnego, osobnego posta na ten temat. Gdy zapoznamy się z historią plemienia Inków, na koniec czeka na nas coś czego mózg przeciętnego człowieka nie może ogarnąć. W specjalnej kapsule z ujemną temperaturą można podziwiać…mumie trójki Inkaskich dzieci, złożonych w ofierze bogom nieopodal liczącego 6739 m n.p.m. wulkanu Llullaillaco w północnej Argentynie. Czynność tę Inkowie nazywali “capacocha”. Dzieci zostały odnalezione w 1999 roku. Ja bym nie nazwała ich ciał mumiami. Są to po prostu zwłoki, idealnie zachowane, zmumifikowane przez zimno i suche, wysokogórskie powietrze. Szczątki mają około 500 lat i pochodzą z czasów imperium Inków, istniejącego w Ameryce Południowej do połowy XVI w. Wyobrażacie sobie? Trzydzieści centymetrów ode mnie siedziało małe inkaskie dziecko. Wyglądało jakby spało, a ktoś zamknął je w jakiejś kapsule. Jeszcze długo po wyjściu z muzeum nie mogliśmy znaleźć słów, by opisać to co widzieliśmy.
Spacer po saltańskiej starówce okazał się bardzo dobrym, zmieniającym myśli pomysłem.
Samo miasto, mimo iż jedyne w swoim rodzaju, nie zawładnęło moim sercem. Niemniej jednak neobarokowa katedra i Iglesia de San Francisco zrobiła na mnie ogromne wrażenie! Myśle, że po tak niesamowitych spotkaniach z naturą, juz nie wszystko mnie zachwyci. Główną atrakcją Salty jest rownież wyprawa “pociągiem do nieba”, czyli transandyjską linią kolejową. Widoki podczas podróży zapierają dech w piersiach, ale przecież my juz to wszystko widzieliśmy…i to z perspektywy samochodu!
Późnym wieczorem wybraliśmy się ponownie z Eduardo i Gerva na hamburgery. Było bardzo fajnie, ale co ciekawsze, zaczęliśmy biesiadę w 7 osób, a skończyliśmy w 13 osób. W Argentynie tak to chyba jest…jacyś znajomi znajomych dosiadali się do naszego stołu, choć wcześniej w ogóle tego nie planowali. Na koniec, około północy Gerva zabrał mnie, Nine i Martine samochodem na szczyt wzgórze św. Bernarda. Widoki były boskie! Kolejnego dnia weszliśmy na nie piechotą (nie korzystaliśmy z kolejki linowej). Droga była wyłożona kamieniami, widoki cudowne…najgorzej było z moją kondycją! Myślałam, że tam umrę! Norweżki zasuwały jak szalone. Jak dotarłam na szczyt, nogi trzęsły mi się ze zmęczenia. Kilka łyków wody, kilka zdjeć i czekało mnie kolejne KILKA kilometrów drogi w dół. Na szczęście “poszło jak z górki”. W nagrodę poszłyśmy na empanadas i humite (krem z sera i kukurydzy). Pózniej przyszedł czas na kawę, przy której miał nam towarzyszyć Gerva. Niestety musiałam znaleźć bankomat, co zajęło nam dużo czasu. Nie dlatego, że go nie było, tylko dla tego, że w żadnym z sześciu które znaleźliśmy nie było pieniędzy…Przed wczoraj wybuchł strajk i w większości bankomatów nie ma gotówki. Mogłabym się wściec, ale tak się nie stało, gdyż stojąc w kolejce do banku, poznałam dwie pięćdziesięcioletnie Kanadyjki z Toronto, a chwilę później sześćdziesięcioparoletnią Austryjaczkę. Wszystko zaczęło się od mojego ulubionego pytania “Where are you from?”. Gabriele zaczęła nam opowiadać po angielsku o swoich podróżach i pokazywać zdjęcia. Cały czas sie uśmiechała. Byłam w ciężkim szoku. Spodziewałam się po niej oziębłości, a takiej w ogóle nie było. Staliśmy i rozmawialiśmy, gdy nagle Gerva wypalił “pójdzie Pani z nami na kawę?”. Nie umiem nawet powiedzieć dlaczego, ale tak się zestresowałam, że wszystko wyjdzie jakoś niezręcznie, że nie mogłam się odnaleźć. Zszokował mnie tym pytaniem. Jeszcze bardziej zszokowała mnie szybka odpowiedź Gabriele: “Z przyjemnością”. Gdy doszliśmy do kawiarni, dziewczyny zdziwiły się, że zamiast pieniędzy przynieśliśmy ze sobą starszą Panią. Wszystko wyszło na szczęście bardzo naturalnie i przemiło. Najzabawniej było, jak chwilę pózniej dołączył do nas jej mąż. Chodząc po placu szukał żony. Nigdy by się nie spodziewał, że znajdzie ją w kawiarni z 5 młodych ludzi. Tak oto, spędziliśmy miłe chwile z sędziwym małżeństwem z Austrii, jak się potem okazało, dwojgiem doktorów prawa. Na koniec zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie, które pózniej wysłałam Gabriele na maila, otrzymując w zamian bardzo miłą odpowiedz zwrotną.
Godzinę pózniej Kika, Marti i Nina pojechały na lotnisko, a mi została jeszcze jedna noc w Salta. Cały wieczór spędziłam na długo wyczekiwanej rozmowie z rodzicami i pisaniu bloga:) Jutro wstaje o 5 rano, by zdążyć na lotnisko. Dobranoc!

IMG_3831IMG_3834IMG_3835IMG_3836IMG_3840IMG_3841IMG_3858IMG_3867IMG_3868IMG_3871IMG_3877IMG_3881IMG_3898IMG_3900IMG_3945IMG_3902IMG_3907

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s