Wyprawa do Rosario, czyli kolejne dni w podróży

Pisząc tego posta, siedzę w autobusie powrotnym z Rosario do La Plata. Muszę powiedzieć, że nie byłam pewna co do tego wyjazdu, na szczęście jednak wszystko wyszło jak zaplanowałam, a nawet lepiej! 

Z Salta na lotnisko w Buenos Aires dotarłam już przed dziesiątą rano. Wszystko poszło jak po maśle, do czasu gdy trzeba się było z lotniska wydostać. Opcja “taksówka” jest dla przysłowiowych emerytów, więc chciałam znaleźć inną:) Wiedziałam, że są busy miejskie. Spytałam policjanta czy wie gdzie może być przystanek, ale on chyba do pracy dojeżdża taksówką…Tuż obok wejściu do lotniska znajduje się kilka wypożyczalni samochodów i szukane przeze mnie busy, które zawożą na Dworzec Autobusowy Retiro, z którego miałam odjechać do Rosario. Nie była to jednak ta opcja, którą chciałam wybrać. Były to drogie busy, dla tych co nie wiedzą, że jeżeli nimi pojadą to zapłacą co najmniej ośmiokrotną cenę. Judytki są sprytniejsze. Wyszłam jeszcze raz przed lotnisko i rozejrzałam się porządnie. Ujrzałam bus nr 33, który według mojej pamięci był tym którego szukałam. Za niecałe 1,20zl miły Pan kierowca zawiózł mnie (i jedna starsza Panią) na dworzec Retiro. Tam spędziłam cztery godziny w oczekiwaniu na autobus. Po pięknych widokach w północnym regionie Argentyny, ponownie zetknęłam się z ubóstwem i brudem. Widok leżących na obleśnie brudnej ziemi bezdomnych doprowadzał mnie do łez. Zjadłam jakieś niedobre ciastko i o 14:45 (po raz pierwszy bez niczyjej pomocy) wsiadłam w busa do Rosario. Był on równie opustoszały co ten miejski, więc było mi wygodnie.  Trochę spałam, trochę rozmyślałam. Podróż przebiegła mi bardzo miło. O 19:00 zorientowałam się, że jesteśmy już w Rosario i że niedługo będę wysiadać. Chwilę pózniej zobaczyłam na dworcu Cristine w czarnej koszulce z napisem Polska. Krysię poznałam w Domu Polskim w Sana Fe, niecały miesiąc temu. Przyjechałam do Rosario na jej miłe zaproszenie. Bardzo się z tego cieszę, gdyż okazała się być jedną z najbardziej kochanych i “porządnych” osób, które poznałam w Argentynie. Tutaj powiedzieliby o niej “Puro corazon”, czyli czyste serce. Opiekuńcza, przemiła, punktualna…po prostu kochana osoba. Od razu złapałyśmy świetny kontakt. Z dworca, miejskim busem dotarliśmy do jej uroczego domku w centrum Rosario. Dostałam swój pokój cały dla siebie! Chwila odpoczynku i ruszyłyśmy na “Fiesta de colectividades”, czyli święto imigrantów. Zanim jednak tam dotarłyśmy, Krysia pokazała mi główny plac w Rosario “El Monumento Histórico Nacional a la Bandera “, gdzie w 1812 roku generał Manuel Belgrano zatknął flagę ogłaszając tym samym niepodległość Argentyny. Dziś jest to bardzo ważne miejsce dla mieszkańców Rosario jak i całej Argentyny. Chwilę później byłyśmy już na ogromnym terenie imigranckiej imprezy. “Polski namiot” był według mnie oczywiście najpiękniejszy, zwłaszcza, że na reklamującym go banerze były poznańskie, kolorowe kamieniczki. Nie ma co się oszukiwać, nikt tam nie mówił więcej niż sześć słów po polsku, a sam Prezydent Społeczności Polskiej z Rosario jest Włochem, ale nie przeszkadzało to absolutnie w niczym! Gdy zobaczyłam tych ludzi w koszulkach z orzełkiem, przygotowujących polskie pierogi, zapiekanki z pieczarkami, szaszłyki i rożne kiełbasy, zrobiło mi się ciepło na serduszku. Jest to taki wzruszajacy widok. Tak myślę. Za miesiąc z resztą kończy się moje działanie w ramach promocji Programów Wymian AFS i promocji Polski, wiec była to jedna z ostatnich takich moich wizyt. Będę tęsknić za tymi kontaktami z Polonią, gdyż były to bardzo ważne dla mnie jako Polki spotkania. Oprócz degustowania tego co “polska ekipa” przygotowywała, pomagałam w sprzedaży. Dochody były ogromne (kwoty nie mogę ujawnić), wiec wyobraźcie sobie ile tego sprzedaliśmy. Jeszcze pewnie długo będzie mi się śnić tysiące pierogów, kiełbas, szaszłyków, bułek i frytek. Takie doświadczenie mogłabym sobie wpisać do CV “sprzedałam setki pierogów w 3 godziny głodnym Argentyńczykom”. 

Kolejnego dnia, po wyspaniu się (a spałam chyba do 11:00, gdyż byłam wykończona) Cristina zabrała mnie jeszcze raz na plac Monumento de la Bandera, by pokazać wszystko za dnia i wdrapać się na wieżę widokową. Widziałam całe miasto rodzinne Messiego i Che Guevara z lotu ptaka. Może nie był to lot orła, ale co najmniej gołębia. Widziałam również budynek katedry i urzędu miejskiego. Po krótkim spacerze po promenadzie wzdłuż rzeki Parana, wróciłyśmy z powrotem do domu, gdzie spałam kolejne trzy godziny. Krysia poszła w tym czasie do pracy. Wieczorem wybrałyśmy się ponownie na fiesta, sprzedać kolejne tysiące pierogów. Odwiedzili mnie tam również wolontariusze AFS Rosario, których bardzo polubiłam. Co prawda nie udało się zorganizować żadnej wspólnej prezentacji w szkole (po mimo moich wielu próśb i zapytań), ale i tak będę miło wspominać Chapter z Rosario. 

Nazajutrz, pobudka była wcześniej niż zwykle. Jedna ze starszych Pań z Domu Polskiego o przyjemnym imieniu Marialena, zaproponowała nam poranną przejażdżkę samochodem dookola Rosario. Jak tu się nie zgodzić na taką miłą propozycję. Dzięki niej zobaczyłam całą okolicę! To co podoba mi się w Argentyńskich miastach, to na pewno fakt, iż mają wiele parków pełnych zieleni. Mniej podoba mi się to, że mieszkańcy czują się w nich mało bezpiecznie. Od pierwszej minuty, Cristi kazała mi nosić plecak na brzuchu, a jedna Polka opowiadała mi jak napadli ją, wybijając cegłą tylną szybę, gdy siedziała w samochodzie na czerwonym świetle. Bandyta tak wykręcił jej palec, gdy chciała zasłonić ręką swoje trzyletnie dziecko, że do dziś nie może nim swobodnie poruszać. Takie historie trochę mrożą krew w żyłach, ale nie ma co popadać w paranoje. Trochę się już przyzwyczaiłam. Na koniec samochodowej wyprawy, wybrałyśmy się do Domu Polskiego. Przypominał mi on trochę ten z Berisso. Zrobiłyśmy sobie tam fajne zdjęcia w krakowskich czapkach i popędziliśmy na lunch. Po gigantycznej tortilli i jeszcze większym kotlecie, można było pójść jedynie na sieste. Tak tez zrobiłyśmy. Mój organizm chyba juz trochę się zmęczył podróżą, bo znowu spałam trzy godziny jak zabita. 

Cristina, jak wiele osób polskiego pochodzenia, które poznałam, walczy o przyznanie jej polskiego paszportu. Na szczęście jest już na “ostatniej prostej”. Jej marzeniem jest zobaczyć Polskę i jej rodzinny Lublin, z którego dziadek Franciszek wyjechał w 1927 roku. Wszystko przypominało mi trochę historię Gladis. Postanowiłam pomoc Cristi w odnalezieniu potomków sióstr jej dziadka poprzez Facebooka. Wysłałyśmy trzynaście wiadomości do osób o nazwisku Goljanek i czekałyśmy na cud. Niektóre osoby już odpowiedziały, niestety nie wszystkie w miłym stylu, czego kompletnie nie mogę zrozumieć. 

Odpowiedź jednej z Pań brzmiała mniej więcej tak “Proszę sobie znaleźć te informacje w archiwach państwowych”.  No cóż. Na tym świecie żyją ludzie i ludziska. 

Ostatni wieczór w Rosario, spędziłam na pożegnaniach, wspólnych zdjęciach i przytulasach. Powiedziałam, zwłaszcza tym młodym, którzy mają coraz mniej wspólnego z Polską, że jestem z nich bardzo dumna i bardzo im dziękuję za ich wielkie serce jakie okazują mojemu krajowi. 

Przed pójściem spać, miałam okazje zobaczyć, (drugi raz w życiu) biegającego po podłodze skorpiona. W prowincji Santa Fe, klimat bardzo sprzyja takim stworzonkom. Cristi powiedziała, że ich jad może zabić człowieka, więc szybko spryskała go specjalnym środkiem. Prosiłam, żeby wynieść go gdzieś daleko na zewnątrz, a nie zabijać, ale Krysia powiedziała, że on zaraz sam się zabije. Nie rozumiałam jeszcze wtedy o co chodzi, ale chwile pózniej zrozumiałam, że ten skorpion z bólu, zaczął wbijać w siebie własne szczypce. Okropny widok. Nawet nie mogę o tym myśleć. Musiałam potem “przetrzepać” cały plecak, by upewnić się czy nie weszło ich więcej. Więcej skorpionów skorpionów nie było, a noc przestałyśmy spokojnie:) Znaczy tak w sumie to pół nocy, bo o 3:30 była pobudka, gdyż mój bus do La Plata odjeżdżał o 5:00 rano. Czekając na dworcu pośmiałyśmy się jeszcze dużo razem, wspominając zabawne chwile z ostatnich trzech dni i poszłyśmy ładować plecak do busa. Gdy wsiadałam, kierowca zaskoczył mnie swoją miłą, ale raczej bardziej zabawną wypowiedzią “Hola, como estas a parte que estas muy bonita?”, czyli “cześć, jak się masz, poza tym, że jesteś piękna?”. Oczywiście, nie zrozumiałam za pierwszym razem co powiedział i zrobiłam zagubiony wyraz twarzy, który ujawnił, że nie jestem “miejscowa”. Później, miły kierowca wolał za mną przez cały autobus “Buen viaje linda Polaca”, czyli “dobrej podróży piękna Polko!”. Podróż była dobra, ale niestety o półtorej godziny dłuższa niż wskazywał bilet. 

Będę tęsknić za Krysią, gdyż jest wspaniałą osobą o wielkim sercu! Mało takich na świecie!

IMG_3929IMG_3932IMG_3933IMG_3934IMG_3936IMG_3938IMG_3941IMG_3984IMG_3985IMG_3986IMG_3990IMG_3991IMG_3992IMG_3994IMG_3995IMG_4002IMG_4004IMG_4006IMG_4013IMG_4017IMG_4023IMG_4025IMG_4035IMG_4037IMG_4038IMG_4039IMG_4053IMG_4090IMG_4094IMG_4097

4 thoughts on “Wyprawa do Rosario, czyli kolejne dni w podróży

  1. Querida Judyta! me dejaste sin palabras, me hiciste llorar mucho!!! …sabes que cuando quieras podes volver, la puerta de mi casa siempre están abiertas para vos en Rosario o en Santa Fe. Y mediante Dios y la Santísima Virgen María volveremos a almorzar juntas pierogi aquí o en Polonia!!!! Te quiero mucho, sos una excelente personita que denota un futuro prometedor extraordinario. Nunca cambies tu forma de ser. Siempre estaremos en contacto para lo que quieras. Voy a rezar por vos para que la Virgen Maria siempre te cuide donde vayas. Cuidate!!!!! Besossss

    Like

    1. Querida Krysia! Muchas gracias por tan lindas palabras y por todo Que hiciste para mi! Te quiero también!! Pierogi en Lublin!!!!!!!

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s