Peace&love&chivitos

Almuerzo spędziliśmy przy wielkim rodzinnym stole. Troszkę nie wiedzieliśmy o czym gadać, ale w sumie było fajnie. Później Ivonne i Udo pojechali do pracy, a młodzież miała sieste. Na stole leżały paszporty. Wiedziałam, że coś się kroi. Okazało się, że szalona Ivonne za 2 dni wyjeżdża na tydzień na zakupy do Miami. Do Stanów z nimi nie polecę, ale i tak Pani domu wymyśliła coś szalonego! Zabierają mnie na jedną z piękniejszych plaż Urugwaju do miejscowości Punta del Este! Nie mogłam w to uwierzyć! Co prawda wczoraj coś wspominała, ale byłam pewna, że żartuje!!. “Jutro o 3 rano ruszamy!”. Na przeszkodzie nie stanęły nawet moje bilety powrotne, gdyż pojechaliśmy na dworzec autobusowy w Argentynie je zmienić (w Urugwaju się nie dało!). Ten wyjazd to istne szaleństwo! Przekonałam się o tym nie raz, najlepsze są te chwile, których nigdy nie planowaliśmy! Dzisiejszy dzień był pełen przygód, więc po późnej pizzy i rodzinnym oglądaniu MMA, poszłam spać. W końcu pobudka wypadała wcześnie rano. Byłabym zapomniała. Podczas jedzenia i oglądaniu facetów, którzy podduszają się nawzajem, za oknem stał się prawdziwy nokaut. Krótki pisk i miałknięcie. “Co to było?”-pytam przerażona. “A nic takiego, Kevin zabił kolejnego kota”. W mojej głowie nastała konfuzja. Miałam ogromną nadzieje, że Kevin to jakiś czworonogi członek rodziny, no chyba że wąż to może być bez kończyn. “Kevin to nasz pies, ma taką zabawę, że zagryza koty, które wejdą na nasz teren. Zaraz przyniesie nam martwego kota pod drzwi”. Słysząc o tej zabawie oczy wyszły mi z orbit. Na koniec okazało się, że Kevin się pomylił i zabił małego psa sąsiadów zamiast kota. Pitbul lepszy niż u Vegi. 

Nastał poranek. Wszyscy dzielnie zwlekli się z łóżka i o piątej, po zapakowaniu się do wielkiego, gigantycznego czarnego nissana wyruszyliśmy w stronę Punta del Este, największego urugwajskiego kurortu. W południe byliśmy już na miejscu. Prawie całą drogę spałam. Wjeżdżając do miasta, zaczęło strasznie lać, a temperatura wynosiła zaledwie 8 stopni. Nie mogłam w to uwierzyć, zwłaszcza ze 4 dni wcześniej zarówno w Buenos Aires jak i w Urugwaju było 38 stopni Celsjusza. Zrobiliśmy rundkę samochodem po punktach widokowych, gdzie mogłam porobić zdjęcia i nacieszyć się widokami. Zatrzymaliśmy się też przy słynnej rzeźbie “La mano”, najsłynniejszej dłoni w Ameryce Łacińskiej. Muszę dodać, że po drodze mijaliśmy też TRUMP TOWER. Donald dotarł aż do Urugwaju… 😉 Po zameldowaniu w hotelu ogłosiliśmy trzy godzinną siestę. W miedzy czasie się rozpogodziło, wyszło słońce a temperatura wzrosła do osiemnastu stopni. Po odzyskaniu sił, moi Urugwajczycy i ja, ruszyliśmy na posiłek. Niezwykła, cudowna, rodzinna atmosfera! A jedzonko w restauracji “Pura vida” niczego sobie! Moje szpinakowo dyniowe raviolinas były pyszne! Po jedzonku nadszedł czas na spacer nad oceanem! Chyba lepiej nie mogłam sobie wymarzyć tego wyjazdu! Widoki nad oceanem zapierały dech w piersiach! Punta del Este jest bardzo nowoczesna, zadbana, ale jednocześnie zachowana została piękna naturaleza (przyroda). Sosny i trawiaste wydmy przypominały mi troszeczkę polskie plaże. Po zrobieniu zdjeć odstawiliśmy “do miasta” młodszą, znudzoną część rodziny i w towarzystwie urugwajskich rodziców pojechaliśmy na zachód słońca na Punta de Vallena blisko słynnego Casa Pueblo. Wiało tam okropnie! Ciężko było wytrzymać w bluzie, jednak widok zachodzącego słońca wart był czekania. Wszystkie dzisiejsze wrażenia były tak duże, że aż się zmęczyłam. Po powrocie do hotelu zasnęłam od razu. Choć myślałam, że mój sen trwał tylko 10 minut, okazało się że spałam trzy godziny. Ciekawszy jednak był sposób w jaki się obudziłam. Spałam jak kamień, nie słyszałam, kiedy i jak moje urugwajskie rodzeństwo wyszło z hotelowego pokoju. Nie obudziło mnie nawet walenie pięściami do drzwi. Zadziałał dopiero hotelowy telefon, który dzwonił jak zwariowany. Obudzenie się przez zawał serca to kiepski pomysł. Zwłaszcza ze była północ. Okazało się, że moja urugwajska rodzinka wybiera się na kolację. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do “pór obiadowych” w Ameryce Łacińskiej. Totalnie zaspana i w połowie w piżamie wybrałam się z cudną szaloną rodzinką na urugwajskie chivito (tradycyjne danie: mięsko, szynka, ser, bekon, jajko, pomidor). Było bardzo fajnie. W hotelu padłam spać. Po raz drugi już tego wieczoru 🙂

Kolejnego dnia ruszyliśmy na kolejny podbój Punta del Este. Urugwajska rodzinka pokazała 

mi piękne plaże i zakątki, których na pewno bym nie zobaczyła podróżując jako zwykły, nieświadomy turysta. W południe było na tyle ciepło, że plaże zapełniały się surferami i pragnącymi słońca turystami. Zrobiłam mnóstwo zdjeć. Zwłaszcza w porcie, pełnym białych żaglówek i…fok! Ivonne pobiegła ze mną w miejsce, gdzie mogłam zobaczyć dwie opalające się na brzegu grubaśne foki. Rybak, słysząc, że jestem z Polski, zgodził się nawet bym je nakarmiła rybami! Prawdziwa, urugwajska ryba i urugwajska foka! To jest coś! Pózniej pojechaliśmy do “Punta Shopping”, który koniecznie chcieli mi pokazać. Większe wrażenie robi na mnie poznańska “Posnania”, ale fajnie było zobaczyć i to miejsce. W pewnym sklepie wypatrzyłam Wódkę Wyborową…a więc i tutaj, na skraju Ameryki choć trochę polskich trunków! Na koniec pojechaliśmy odwiedzić gigantyczne kasyno “Conrad”. Gigant to mało powiedziane. Podobno siedział koło mnie na kanalie jakiś sławny argentyński tenisista, ale chyba nie tak sławny, bo go nie znałam 😃Po zrobieniu kilku zdjeć musiałam pożegnać się z piękną Punta del Este, gdyż ruszyliśmy w drogę powrotną w stronę Montevideo. Tego wieczoru pół rodziny wysiadło w stolicy. Brat z dziewczyną na mecz piłki nożnej, a mama z córką na samolot do Miami. Szaleni! Zarówno stadion jak i lotnisko były bardzo nowoczesne. Mówi się, że nie ma nowocześniejszego Aeroparque w Ameryce Południowej. 

Z rodzinką Shwarzkopf spędziłam jedne z milszych chwil za oceanem.  Głównym celem tej wizyty w Urugwaju, była moja bardzo udana prezentacja w szkole, a tu taka niespodzianka! Nie byłoby mnie tutaj gdyby nie niesamowity Alejandro! Kolejne dobre, wielkie serca na drugim końcu świata! Będę za nimi wszystkimi bardzo tęsknić! Tyle wrażeń w jedyne trzy dni! Dwa nowe domy! Muchisimas gracias la familia querida! 

 

IMG_4431IMG_4325IMG_4333IMG_4334IMG_4339IMG_4345IMG_4419IMG_4432IMG_4352IMG_4415IMG_4390IMG_4387IMG_4372IMG_4417IMG_4395IMG_4418IMG_4420IMG_4410IMG_4451IMG_4446IMG_4441IMG_4460IMG_4482IMG_4471IMG_4518IMG_4520IMG_4519IMG_4500IMG_4503IMG_4508IMG_4509IMG_4513

One thought on “Peace&love&chivitos

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s