Niepewność jutra zwana przygodą, czyli Torres del Paine

Za każdym razem, gdy boję się, że zaśpię-czuwam. Co raz mniej jest mi potrzebny budzik, gdyż zawsze 10 minut przed nim budzę się sama. Wybiła szósta. Czas wstawać i zakładać wiele ciepłych warstw. Godzinę pózniej czekał już na mnie bus do chilijskiego raju-Parku Narodowego Torres del Paine. Za oknem lał deszcz…kiepska pogoda na wielogodzinny treking. Co gorsze, niebo było zapełnione szarymi chmurami, a to oznacza, że szczyty górskie będą niewidoczne. Trochę się tym martwiłam, ale nie było odwrotu. Jedziemy! Będzie co ma być! Po dwóch godzinach, mój BUS SUR dotarł do Parku Narodowego, gdzie przywitał nas jego pracownik, mówiąc o tym co wolno, a czego nie wolno. Ludzie przyjeżdzają tu na kilka dni i śpią w namiotach na terenie parku, mój plan zakładał jednak “1 day trekking”, więc nie musiałam się martwić czy rozpale ognisko…Plan był prosty: skorzystać z tego dnia, ile się da! Na wejściu należy wypełnić odpowiednie dokumenty oraz wykupić bilet wstępu…i tutaj troszkę boli, gdyż cena wynosi 21 000 pesos chilijskich (ok 120 zł). Drogo, ale warto. Pózniej miła Pani zaproponowała jaka trasa trekkingowa jest dobra na jeden dzień i pokazała filmik, który mówił o tym jakie prawo obowiązuje na terenie parku i o tym jakie kary grożą za jego złamanie. Po wyjściu z budynku, złapał mnie kierowca busika, który dowozi na początek szlaku. Kolejne 6000 pesos (ok 35 zł w dwie strony), ale inaczej się nie da. Baza wyjściowa na szlak “chileño”, który prowadzi na punkt widokowy “Mirador del Torre”, jest bardzo ładna i nowoczesna. Po otrzymaniu mapki, możemy ruszać w trasę. Mój treking na szczyt, miał zająć 4 godziny w jedną stronę. “A jeśli będzie za trudno? A jeśli padnę w połowie? A jeszcze trzeba mieć siłę na powrót!” Wiele wątpliwości zrodziło się w mojej głowie, ale miałam wiele motywacji! Kto inny da radę jak nie ja? Ruszamy! Nie znałam trasy, nie wiedziałam czy będę iść po skałach, czy po żwirze. Nie wiedziałam czy będzie bardzo w pionie. Nie wiedzialam nic, ale może to i lepiej! Szlam po oznaczonym szlaku, na którym było nie mało ludzi! Wszystkich pozdrawiałam słowem “hola”. Niektórzy odpowiadali, inni nie. Zawsze miło było usłyszeć jakąś życzliwą odpowiedź! Ruszyłam bardzo sprawnie. Niestety zbyt sprawnie…po 40 minutach opadły mi siły…Duży błąd! Przypomniały mi się zawody pływackie i zasada “rozłóż siły, żeby mieć dobry finisz”. No cóż…wszyscy których wyprzedziłam, szybko mnie przegonili! Nie wszyscy! Nie byłam najsłabszym ogniwem! I tak sporo osób zostawało za mną z tylu! Wydawało mi się, że idę już półtorej godziny…ale po spojrzeniu na zegarek okazało się, że zaledwie trzydzieści minut! Podejścia były stromę i dostawałam zadyszki. Nie mogłam też ani za dużo jeść ani za dużo pić, żeby potem nie mieć problemów. Pierwszą dłuższą (12 minut) przerwę zrobiłam po ponad godzinie drogi w górę. Usiadłam na kamieniu i zjadłam suchą bułkę “maczaną” w serku typu “almette”. Taki posiłek dał mi dużo sił, by kontynuować trasę. Świetnym wyborem okazał się rownież sok pomarańczowy! Jego łyk zawsze dawał mi energii! Trasa nie była łatwa. “Dużo pod górkę”. Nie wiedziałam ile jeszcze drogi przede mną, ale wiedziałam że dużo. Po dwóch godzinach dotarłam do schroniska, gdzie dowiedziałam się, że brakuje “jeszcze raz tyle” na szczyt. “No to z górki” pomyslałam, już finisz…myliłam się. Mordęga dopiero się zaczęła. Trudne podejścia odbierały mi wszystkie siły. Po półtorej godzinie, byłam pewna że już niebawem szczyt! Pomyliłam się kolejny raz. Atak szczytu dopiero się zaczynał. Godzina drogi po wielkich, wąski skałach i kamieniach. Myślałam, że zaraz się poddam i zawrócę, ale w głębi serca wiedziałam że tylko tak sobie marudzę. Całe szczęście, że miałam świetną kurtkę (a nawet dwie) i bardzo wygodne buty “Salomony”. Długo się zastanawiałam w czym przyjechać do Patagonii, ale dzięki pomocy Moni wybrałam cudowne buty. Całą trasę było mi tak gorąca, że podchodziłam w podpince i bluzie, a i tak myślałam czasami, że umrę z gorąca. Góry jednak zaskakują. Z każdym metrem wiatr zamrażał mi uszy, które chowałam pod kapturem. Gdy byłam już bardzo, ale to bardzo wysoko, miałam ogromną nadzieję, że finiszuję. Chwilkę pózniej usłyszałam od jakiegoś przewodnika, który mówił do swoich podopiecznych, że na szczyt jeszcze 30 minut trudnego podejścia. Szczęka mi opadła, a nogi wolały o pomoc. Czas mnie gonił. Za 6 godzin muszę być na dole w bazie, a przecież mam coraz mniej sił i nie wiadomo ile zajmie mi droga powrotna. W pływaniu, zawsze dodawał mi siły moment, gdy wyprzedzałam “rywali”. Tak też i było dzisiaj. Wiedziałam, że się nie cofnę. Że zdobędę szczyt choćbym miała tam zdechnąć. Śliskie głazy i mgła. Uczepiłam się jakiejś grupki z przewodnikiem, by wiedzieć gdzie stawiać kroki. Udało się! Po 40 minutach dotarłam do celu! Mirador del Torre był pełen białych skał, za którymi widniało Lazurowe jeziorko. Był tylko jeden problem…była taka mgła, że ani trochę nie było widać szczytu…Moja radość mimo wszystko jednak była gigantyczna!
Nagle zrobiło się bardzo zimno i zaczął padać śnieg! Pierwszy chilijski śnieg w moim życiu! Od razu dostałam energii, a w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka “trudna pogoda=czas wracać, i to szybko”. Zjadłam pół bułki z serkiem i zaczęłam sprawnie schodzić w dół. Skały były bardzo śliskie, co znacznie spowolniło “wycieczkowiczów”. Zwłaszcza tych którzy wybrali się w góry w lekkich adidasach. Tak tak, nie brakowało takich. Czas mnie gonił. Musiałam zacząć wyprzedzać. Szlam za czyimś przewodnikiem, żeby zaobserwować jak “schodzić”.
Śniegu było coraz więcej, a widoczność słabła. Wiedziałam, że im szybciej będę niżej, tym lepiej. Z całego serca współczułam tym którzy dopiero podchodzili. Ja bym chyba na ich miejscu zawróciła. Śnieg szybko zamienił się w deszcz, kamienie w ślizgawki, a ścieżki w błoto. Moje buty, mimo iż nie są nieprzemakalne, nie przemokły ani trochę! Dopiero na samym dole gdy wdepnęłam w potok…Kurtka rownież zdała egzamin, mimo iż lało niemiłosiernie. Jedyny problem był ze spodniami…ale wszyscy byli zalani wodą. Byłam tak zmotywowana by się nie zatrzymywać, że droga powrotna zajęła mi tylko 3 godziny. Ponad godzine mniej niż w pierwszą stronę mimo iż nogi trzęsły mi się ze zmęczenia. Tylko raz się przewróciłam, ale na szczęście nic oprócz brudnych spodni mi się nie stało. Wyprzedzałam coraz większa liczbę ludzi. Ostatecznie dotarłam do bazy ponad półtorej godziny wcześniej przed odjazdem busa. Zjadłam mokrą bluzę i kupiłam najdroższą gorącą czekoladę w moim życiu. Musiałam rozgrzać organizm. Niestety i buty i spodnie i kurtka przemokły, gdyż nie było ani trochę słońca, które mogłoby odparować wodę. Bałam się, że się rozchoruję. Na szczęście w busiku do Puerto Natales było bardzo ciepło. Zdjęłam wszystkie ubrania, a buty i stopy położyłam na mini kaloryferach. Tym sposobem szybko wszystko mi wyschło a ja unikałam zaziębienia.

Piszę tego posta, wracając do hostelu. Jestem wykończona, nogi mi się trzęsą, a oczy zamykają. Cóż to była za przygoda! Torres del Paine zdobyte! Kolejny zdany egzamin! Kolejne bariery przełamane! Kolejny sukces! A teraz…do spania…tylko o tym marzę.

Energiczny bilans dnia:
1,5 L soku pomarańczowego
1 L wody
3 batoniki musli
1 paczka ciastek
3 bułki z dwoma kubeczkami serka
1 gorąca czekolada

To wszystko wystarczyło, by zamienić 14.12 w sukces!IMG_6427IMG_6443IMG_6458IMG_6477IMG_6489IMG_6490IMG_6512IMG_6517IMG_6525IMG_6530IMG_6542IMG_6547IMG_6551IMG_6567IMG_6570IMG_6582IMG_6588

 

3 thoughts on “Niepewność jutra zwana przygodą, czyli Torres del Paine

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s