Brat zabrał mnie do Grecji!

Antyczna sztuka, dziwny alfabet lazurowa woda, słońce, piękne plaże, oliwki, ser feta i jogurt! Jeszcze cztery dni temu, tylko takie skojarzenia miałam z Grecją. Po czterodniowym odkrywaniu Aten mam ich w głowie o wiele więcej!

Już w pierwszej godzinie pobytu tutaj zakochałam się w greckiej kulturze, greckiej kuchni , a przede wszystkim ogromnej uprzejmości i życzliwości samych Greków. Grecja to taka europejska Ameryka Łacińska, idealne miejsce dla mnie:-)

Na pierwsze dobre wrażenie wpłynęła dobra komunikacja miejska. Centrum miasta z lotniskiem połączone jest niebieską linią metra nr 3. Po 40 minutach, wysiadając na stacji Syntagma, znajdziemy się w samym sercu Aten. Bilet można kupić w kasach. Normalny kosztuje 10€, a bilet ulgowy 5€. Ze stacji metra do naszego loftu przy ulicy Zosimou, które wynajęliśmy dzięki aplikacji AirBnB, było jedyne 20 minut piechotą. Właścicielka mieszkania-Ioanna, była dla nas przemiła, a w dodatku kupiła nam na przywitanie butelkę soku, wody i dwa croissanty z czekoladą. Kolejne dobre pierwsze wrażenie ze strony Grecji! Z wielkimi usmiechami ruszyliśmy piechotą spróbować greckiej kuchni. W aplikacji TripAdvisor wyczytałam, że tanią i smaczną knajpą jest “Restaurante Atitamos”. Sama prawda! Bardzo przytulne, smaczne i nie takie drogie miejsce! Zajadaliśmy się w niej pieczoną fetą w papryce, pysznym pieczywem, Tzatziki i tradycyjnym Moukasas (przypominającym włoską lasagne)! Na koniec, gdy chcieliśmy już odchodzić, kelner podał nam na spróbowanie porcję Kataifi-tradycyjnego deseru greckiego, bardzo przypominającego turecką Baklave. Jak się pewnie domyślacie, od tego momentu byłam już zakochana po uszy w Grecji! Z jeszcze większymi usmiechami, niż przed jedzeniem, ruszyliśmy do serca antycznej Grecji-w stronę Akropolu. Samo miasto nie jest zbyt malownicze, ale okolice starożytnych ruin już tak! Żółte, białe, różowe domki, różaneczniki i co krok antyczne elementy krajobrazu. Spacerowaliśmy tam aż do późnego wieczoru kupując przy tym nie małą liczbę “greckich wspomnień” w postaci pamiątek. Kolejnego dnia wybraliśmy się do Pireus- największego portu Grecji (zarówno w Starożytności jak i dziś). Jak dla nas, port był za bardzo portowy, nie oferował niczego innego poza swoim rzeczywistym przeznaczeniem. Szybko wpadliśmy wiec na pomysł by podjechać autobusem miejskim na którąś plażę. Tutaj zawiódł nas kierowca, który niemiłym tonem powiedział do nas “get of the bus” twierdząc, że nie jedzie w tym kierunku co chcemy…Jechał tam! Myśle jednak, że bariera językowa nas pokonała. Trudno. Wyszło nam to jednak na dobre, bo znalazłam inną plażę, do której doszliśmy piechotą, kupując po drodze na miejscowym targu, świeże pieczywo, soczyste pomarańcze i truskawki. Wszystko za psie pieniądze, gdyż byliśmy z dała od turystycznego miejsca. Kolejny raj dla podniebienia. Musze przyznać że pomarańcze smakowały mi bardziej od tych brazylijskich! Plaża nie była wspaniała, ale jak na taką przy gigantycznej metropolii była wystarczająco atrakcja! Spaliliśmy się na niej do czerwoności, a wiec greckie promienie słoneczne przeszyły nas na wylot. Nawet Chris i jego włoska skóra się zaczerwieniły! 🙂 Przeszliśmy tego dnia chyba 20 km, więc zasłużyliśmy na bardzo popularną tutaj baklave z miodem i pistacją oraz espresso freddo. Połączenie, które podbiło moje kubki smakowe! Przepyszne! Musieliśmy nabrać sił na kolejny dzień w którym czekało nas spotkanie z włoską klasą Christiana i wspólne zwiedzanie Akropolu, Muzeum Akropolu i podziwianie bardzo widowiskowej zmiany warty pod Parlamentem przy placu Syntagma.

Kolejnego dnia, wyruszyliśmy wcześnie rano metrem do centrum antycznej Grecji, gdzie cierpliwie, przez półtorej godziny, czekaliśmy na spóźnialskich młodych Włochów z Arezzo. Spotkanie z nimi było dla mnie bardzo wzruszające i bardzo mi się podobało! Same zabytki oczywiście rownież, zwłaszcza że weszliśmy wszędzie za darmo (nikt nie wiedział dlaczego akurat ten dzień był za darmo). To niesamowite uczucie stać w miejscu, w którym narodziła się szerokorozumiana sztuka. Byłam zachwycona i bardzo wdzięczna mojemu włoskiemu bratu, że zabrał mnie w ten śródziemnomorski kierunek.
Dzień uwieńczyliśmy smażoną cukinią i kebabem souvlaki, który zupełnie nie przypominał tego tureckiego, ani w smaku ani w sposobie podania.

Ostatniego dnia, wraz z przyjaciółmi Chrisa, wybraliśmy się do Muzeum Sztuki Antycznej i Muzeum Porcelany, a na koniec na ostatni spacer gwarnymi uliczkami Aten, podczas którego spotkaliśmy przemiłą Panią z Serbii uwielbiającą Polaków. Nigdy nie zapomnę jej słów “wszyscy Słowianie to jedna wielka rodzina”. Było to dla mnie bardzo wzruszające.

Ostatnie Espresso Freddo, ostatnia Baklava, ostatnie pomarańcze. Czas wracać do Polski. Chris samolotem do Poznania, a ja osobnym do Warszawy, ze względu na moje weekendowe zajęcia.

Już teraz, pisząc tego posta na greckim lotnisku, wiem, jak bardzo będę tęsknić za tym światem! To była cudowna wyprawa!

Teraz Grecja to moja własna wersja Ameryki Łacińskiej. Życzliwi i uśmiechnięci ludzie, słońce, lazurowa woda, feta, tzatziki, jogurt, kebab souvlaki, Moukasas, Kataifi, Baklava, Loukoumi i nadziewane bułeczki Peinirli. Mój raj na ziemii 🙂

IMG_1203IMG_1201IMG_1200IMG_1206IMG_1211IMG_1084IMG_1087IMG_1077eff8a104-6083-462a-b740-ec10bb062628IMG_1280IMG_1289

 

3 thoughts on “Brat zabrał mnie do Grecji!

  1. Cudownie Judytka. A ja we wrześniu na Kretę planuję. Juz się nie moge doczekać przeczytawszy Twoje wspomnienia.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s